Rumunia od ulicy, czyli spontaniczny roadtrip.

Roadtrip po Rumunii.

Podróż po państwie rumuńskim była spontaniczną decyzją. Urlop, parę groszy w kieszeni i mało palący diesel o dużej powierzchni bagażowej, wystarczyły by podjąć decyzję o podróży. O Rumunii nie wiedziałam nic, miałam w głowie za to kilka stereotypów, wszystkie negatywne. Przed podróżą usłyszałam jeszcze, że na drodze mafia może mnie ostrzelać z kałasznikowa, że będą żebrać i na siłę wsiadać do samochodu, że bieda i że niebezpiecznie. Ale jeden ze znajomych, który rzeczywiście odwiedził ten kraj, powiedział, że Rumunia jest piękna, a ludzie życzliwi. I że bardzo warto. Kupiłam mapę i ruszyłam w drogę. Trasa pisała się po mapie sama, na bieżąco. Wiedziałam tylko, że nie może zabraknąć gór i Trasy Transfogarskiej. marzyłam też o delcie Dunaju, jednak to marzenie nie miało się spełnić. Pozostaje na liście „do zrealizowania”.

Rumunia, przy granicy z Węgrami

 

Rumunia od ulicy

Pierwszy nocleg w Rumunii, tuż przy granicy z Węgrami wypadł w małym miasteczku, gdzie piękne centrum i imponująca cerkiew zrobiły na mnie duże wrażenie. Był to czas (2011 rok) kiedy moja przygoda z podróżowaniem dopiero się zaczynała, a Rumunia była pierwszym krajem o odmiennej kulturze i wierze. Jak się okazało, za pięknym centrum miasta, czekały już tylko odrapane kamienice, niewielkie sklepiki, zaniedbane podwórka. I tak już miało być w każdym mieście. Rozwijająca się wówczas dopiero turystycznie Rumunia, miała już odnowione, śliczne fasady budynków w centrum miasta, za którymi w głębi (starczyło wejść w bramę), kryły się ciemne, zaniedbane lochy, często z nieotynkowanej, gołej cegły, z klepiskiem zamiast podłogi. Dysharmonia tego obrazu była dla mnie uderzająca. Oszustwo turystyczne w zestawieniu z nędzą rzeczywistości było niespotykane i sięgało granic absurdu.

rumuńskie stroje ludowe … przy poczcie 🙂

 

Rumuńskie drogi

Inaczej miała się sprawa na drogach. Mój wysłużony citroen xara picasso, po którym łza się w oku kręci do dzisiaj, był jednym z najgorszych użytkujących ją pojazdów. Mijały mnie nowe, eleganckie samochody bardzo wysokiej klasy. Od samego początku odczuwałam lekki wstyd, że moje auto tak bardzo różni się od współużytkowników lokalnych dróg. Co ważne w Rumunii jeździło się zupełnie inaczej niż w Polsce. Drogi obficie poprzetykane wioskami, w których ograniczenie prędkości wynosiło 50 km/h uniemożliwiały szybkie przemieszczanie się. W każdej wsi kierowcy zwalniali do dozwolonej prędkości i utrzymywali ją, aż do znaku oznajmiającego koniec miejscowości. Bardzo szybko okazało się, że powodem tak dużej karności i samodyscypliny kierowców był fakt, że praktycznie w każdej wsi stał z radarem patrol policji. Drogi, choć jednopasmowe, były w bardzo dobrym stanie – dużo lepsze niż te w Polsce.

Trasa Transfogarska

 

Trasa Transfogarska

Kirunek podróży został wybrany – południe i góry. Najpierw Trasa Transfogarska(droga krajowa DN7C), później Brasov i morze. Trasa Transfogarska to jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziałam w życiu. Wysokie, majestatyczne góry, chmury ścielące się na drodze niczym mgła, szemrzące strumienie, niewielkie wodospady, las i wąska droga prowadząca na szczyt. Piękna pogoda zachęcała do powolnej jazdy i zatrzymywania się co krok, aby zrobić zdjęcia.

Przydrożna kapliczka. Góry Transfogarskie.

Niezwykłe rumuńskie kapliczki przydrożne sały się moją obsesją i fotografowałam każdą napotkaną z nich. Zachwycała mnie ich ludowość, czasem tandeta, oraz to, że były zadbane, że nieustannie czuwali przy nich ludzie przynoszący kwiaty, pilnujący ich bezpieczeństwa (pielęgnowali żywą wiarę).

Rumuńskie, góralskie przysmaki. Góry Transfogarskie.

W najwyższym punkcie drogi, za tunelem życie tętni komercją. Schronisko oferujące jedzenie i noclegi zdziera pieniądze z turystów (zupełnie jak w Polsce), a na parkingu brakuje miejsc z powodu ogromnej liczby zmotoryzowanych. Wokół parkingu pełno jest straganów na których górale (mam nadzieję!) sprzedają lokalne produkty: sery, kiełbaski, ubrania i masę innych gadżetów. Krótki pobyt na górze wystarcza i po przejechaniu przez tunel odsłania się to, co na prawdę chciałam zobaczyć: niezwykle kręta droga przecinająca dolinę tak malowniczą, że już wiem, że przyjazd tutaj samochodem był błędem. Przez całą dolinę wytyczone są szlaki, którymi przejście na szczyt pozwoliłoby cieszyć się niezwykła panoramą i docenić podwójnie smak wędzonych serów i kiełbasek przy schronisku.

Rumunia, Trasa Transfogarska

Zjeżdżając wolno Trasą Transfogarską zatrzymywałam się na punktach widokowych, chłonąc ile to tylko możliwe klimat tego miejsca. Na drodze – jak przystało na tego typu trasę, pełno jest motorów, pieszych, a nawet rowerzystów. Ci ostatni pchają rowery pod górę. Rumuńskie góry to wyjątkowo piękne miejsce. Bardzo chciałabym tam wrócić, jednak już tylko z plecakiem, wędrować szlakami i zachwycać się przyrodą. Bez końca.

Rumunia, Sigishoara

 

Sigishoara

Kolejnym punktem na trasie podróży zostało miasteczko Sighisoara. Nic o nim nie wiedziałam, było polecane w przewodnikach z uwagi na zamek (przez chwilę zastanawiałam się czy to może zamek hrabiego Draculi, nie wiedząc, że ten prawdziwy zamek Vlada znajdował się na Trasie Transfogarsiej). Shigishoara przywitała mnie pięknym, słonecznym dniem. Samochód został na parkingu, a ja wyruszyłam w podróż po mieście z założeniem że oglądam szybko i jadę dalej.

Rumunia, Sighisoara

Jak się okazało w obrębie zamku, za starymi murami miejskimi trwał właśnie średniowieczny festyn. Zza bramy wyglądało to imponująco, ale aby go zobaczyć trzeba było wykupić bilet na dwa dni. Wahałam się chwilę, jednak spacer wąskimi uliczkami w pięknym słońcu sprawił, że szybko podjęłam decyzję – zostaję tu na dłużej. Teraz tylko trzeba znaleźć nocleg. (dodam jeszcze, że decyzja o pozostaniu w mieście byłą jedną z najlepszych w tej podróży!). W Sighisoarze można spędzić wiele dni. Z powodu piękna. Nad miastem góruje piękny, stary zamek, oraz przyległe budynki dworskie z kościołem i niewielkie kamieniczki z wąskimi uliczkami, otoczone murami obronnymi. Przestrzeń pomiędzy budynkami wyłożona jest brukiem. Po ścianach budynków pnie się wino, na parterach domów turystów kuszą niewielkie kawiarenki restauracyjki i sklepiki. Nie sposób nie zdrabniać nazw z uwagi na mikrość tych lokali. Niewielki dziedziniec, taras spacerowy z widokiem na czerwone dachy miasteczka pomiżej, a nawet park, w którym całują się ukradkiem zakochani.. Dziedziniec zamkowy z przyległościami zachwyca. Klimatu dodają ludzie przebrani za średniowiecznych mieszczan. Kolorowe kramy z rękodziełem, które nigdy nie widziało Chin, rycerze walczący na dziedzińcu, miedziane dzbany i garnki.. W knajpkach roznoszone dzbany piwa i muzyka. Miasto skradło moje serce. Cały dzień spędziłam przechadzając się uliczkami starówki, oglądając kramy, ziejących ogniem kuglarzy, a wieczorem przy dzbanie piwa kontemplowałam przedstawienie o Vladzie inscenizowane pod gołym niebem.

Rumunia, Sigishoara

W mieście poza jego starą częścią, za mostem, znajduje się pole namiotowe. W samochodzie gotowym na wszystko był i namiot i śpiwory i karimaty. Tutaj spędziłam noc. Na polu namiotowym rozbawieni uczestnicy festynu grali na gitarach i śpiewali. To był piękny dzień. Nazajutrz jeszcze kilka godzin poświęciłam na spacer po mieście. Sighisoarę opuszczałam z żalem, gnana naprzód jedynie perspektywą niezwykłej delty Dunaju.

 

Brasov

Rumunia, Brasov

Kolejnym przystankiem na mapie był Brasov. Niestety na drodze do tego miasta miałyśmy wypadek, który spowodował przymusowy postój z noclegiem. Stan samochodu był na tyle dobry, by nim wrócić do Polski i jednocześnie na tyle zły, że jechać dalej już nie było można. Zapadła decyzja o powrocie.

 

Maramuresz

Czyli niezwykła kraina na pograniczu. Trochę rumuńska, a trochę już ukraińska…

Rumunia, Maramuresz

Natura podróżnicza kazała jednak zmodyfikować nieco trasę i wracać inaczej niż do tej pory jechałyśmy. Wytyczony szlak poprowadził przez północ kraju, region pełen architektury drewnianej, gdzie można podziwiać słynne rzeźbione w drewnie bramy do domów, niezwykłe drewniane cerkwie, stare studnie z żurawiami i na koniec zobaczyć słynny wesoły cmentarz w Sapancie.

Rumunia, Maramuresz

Północ kraju granicząca z Ukrainą to zdecydowanie najbiedniejsza część kraju. Niewiele tu asfaltowych dróg, pomiędzy wsiami wiją się utwardzone żwirem dróżki po których jechać można 40 km/h. Przy wiekowych, drewnianych domach siedzą staruszki. Na podwórkach studnie, w ogródku malwy, a nad bramą wjazdową do stodoły… drewniane korony i inne piękne zdobienia. Ten region kraju, nazywa się Maramuresz (Marmarosz) i jest jednym z najpiękniejszych miejsc jaki widziałam w Europie. Polecam go każdemu kto kocha naturę, spokój, ciszę i lubi odpoczywać z dala od ludzi.

Rumnia, Maramuresz, muzeum kobiet

Rumunia, Maramuresz

Rumunia, Maramuresz

Ostatnim przystankiem w Rumunii był Wesoły Cmentarz – Cimitirul Vesel, ale o nim w kolejnym wpisie :)

Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *