Maroko – praktyczne informacje o kraju, zwyczajach i jedzeniu

Maroko – europejska brama Afryki

Maroko to piękny kraj. Chciałabym do niego wracać jak Yves Saint Lorent. Mieć tutaj swoje mieszkanie w Marakeszu, poznawać każdy zakamarek tego miasta, pomagać zachować jego piękno tego i powstrzymać jego dewastację. Jest tu tak wiele do zobaczenia, że potrzeba chyba kilku lat, aby poznać go dobrze.

Ale Maroko mimo, że piękne, jest również mocno specyficzne. Zwłaszcza dla podróżników takich jak ja. Czyli tych, którzy wychodzą poza zorganizowany pobyt i szukają na własną rękę. Dziś zebrałam dla was kilka, moim zdaniem bardzo istotnych, informacji o specyfice kraju (a może nie kraju, lecz kontynentu?). Nie obędzie się bez anegdot z mojego wyjazdu, które najlepiej chyba oddają klimat i mentalność jego mieszkańców. Zapraszam więc na małą humoreskę o Maroku :)

 

Marrakesz. Przenośna (przewoźna?) stacja benzynowa w medinie

1. Jedzenie

Po tygodniu kontemplacji higieny, sposobu przygotowania posiłków i życia w Maroku muszę powiedzieć, że nie budzi mojego najmniejszego zdziwienia fakt, że większość ludzi jest tutaj chora, a gorączka krwotoczna była chorobą prawie nie do zatrzymania w Afryce. To co widziałam jest niewiarygodne, jeśli przyłożyć do tego miarę europejską XXI wieku. Ale jak sądzę, widziałam i tak bardzo mało, Maroko to przecież kraj turystyczny, nowoczesny i daleko przed resztą Afryki. Z uwagi na moje zamiłowanie do szwędania się ulicami miasta, bywałam w miejscach mało popularnych, o porach mało turystycznych, widziałam sposób przygotowywania posiłków. Doświadczyłam również pobytu w ekskluzywnym hotelu, z poziomu którego nigdy nie powiedziałabym jak wygląda rzeczywistość. A wierzcie mi – rzeczywistość kuchni w eleganckim hotelu jest taka sama jak ta na ulicy.

</a

 

Agadir. Owoce morza. Wyjątkowo nieudany posiłek.

Rzecz pierwsza:

Allach mówi: twoja lewa ręka jest brudna i nie wolno ci nią jeść, ponieważ to właśnie jej używasz aby oczyścić swoje pośladki po zakończeniu czynności toaletowych. Mądre to słowa, które ratują mieszkańców Afryki przed wieloma strasznymi chorobami. Dobrze, że ktoś je wpisał do koranu. Dlaczego? W większości toalet znajdziecie dostęp do bieżącej wody, spotkacie nawet bidety. Natomiast nie ma co liczyć na obecność.. MYDŁA. (chyba że mówimy o droższych hotelach. Proszę jednak pamiętać, że wówczas mydła używają jedynie goście, mydło to nie jest przedmiot codziennego użytku mieszkańców). W związku z tym należy liczyć się z dwoma faktami: po pierwsze statystycznie każdy kto was obsługuje opłukał sobie tyłek ręką, którą przygotował i podaje wam jedzenie, po drugie jeśli wyciąga do was lewą rękę w celu przywitania, albo pożegnania, chce was straszliwie obrazić. Ponieważ tą ręką nie wolno się również witać. I taka rada. Jeśli chcecie umyć ręce po skorzystaniu z toalety w miejscach publicznych, noście ze sobą własne mydło.

Agadir. Restauracja przy plaży. Jest polska flaga 🙂

Rzecz druga:

Marokańska herbata. Biorąc udział w wyprawach na pustynię, zorganizowanych wycieczkach, rozmawiając dłużej ze sprzedawcą (zwłaszcza perfum i przypraw), czy też po prostu zamawiając posiłek, zostaniecie poczęstowani marokańską herbatą (nic innego jak herbata z miętą i cukrem). Parzy się ją w małych metalowych dzbanuszkach i rozlewa do małych szklanych szklanek. Dlaczego podkreślam słowo szklanych? Po to aby zaznaczyć, że szklanki są wielokrotnego użytku. W Maroku propozycja wspólnego wypicia herbaty jest wyrazem szacunku i gościnności i dużym nietaktem jest odmówić jej.
A teraz moje spostrzeżenia: szklanki po gościu płukane są w zimnej, stojącej wodzie w wiadrze. NIKT nie używa tutaj płynu do naczyń, ciepłej czy gorącej wody, nie mówiąc już o zmywarkach. Naczynia są po prostu płukane. Tak samo dzieje się we wspólnej kuchni w hotelu, jeśli macie hotel, który oferuje wspólną kuchnię dla gości. W moim eleganckim hotelu w Agdairze, gdzie miałam aneks kuchenny na wyłączność w pokoju, był zlew, ale nie było ani płynu ani gąbki. Naczynia po gościach są PŁUKANE. Osobiście miałam wielki dylemat jak wybrnąć z tego pata – odmówić gościnności, czy pić ze szklanki pełnej… wszystkiego. Bardzo wam rekomenduję zabranie własnego małego kubka i proszenia o nalanie płynu właśnie do niego. I możecie go sobie płukać do woli ;)

 Mała Sahara. Przy drzewie aragantowym kociołek, w którym na węglowym żarze dusi się Tadżin pasterza

Marokańskie gotowanie:

Po wcześniejszym opisie oczywistym wydaje się już chyba, że gotowanie w Maroku woła o pomstę do nieba wszystkich europejskich kucharzy. Za przewodnikiem powtórzę: jedzcie dania gotowane, duszone, smażone, byle była to wysoka temperatura. Pamiętajcie że z Afryki przywieźć można amebę, której wyleczyć już się nie da i trzeba znosić jej dolegliwości całe długie życie. Ameba kryje się głównie w wodzie (nie płuczemy ust po myciu zębów) i na owocach.
Jeśli chodzi zaś o marokańską kuchnię, jest tutaj co jeść, co kosztować i na prawdę warto. Pierwszym i chyba najbardziej popularnym przysmakiem jest Tadżin. To nic innego jak warzywa duszone z niewielką ilością wody w specyficznym w swojej budowie marokańskim garnku. Wszyscy twierdzą, że smak dania związany jest właśnie ze sposobem jego przygotowania i w garnku leży cały sekret. Warzywa występują w opcji: solo, z kurczakiem, z mięsem (bo tutaj kurczak to nie mięso, natomiast mięso oznacza danie wołowe), czasem również z owocami morza, lub tuńczykiem. Ceny dania w zależności od miejsca wahają się od 30 – 80 MAD. Można je jeść bezpiecznie, zwłaszcza w wersji bez mięsa, ponieważ przygotowywanie jest w bardzo wysokiej temperaturze.

Kuskus

Którym wielu się zachwyca, mnie nie przypadł do gustu, mimo, że jadłam go w tradycyjnej chacie na pustyni, co być może oznacza, że przyrządzony był tradycyjnie. Taki Kuskus niczym się nie różni od tego, który kupujemy w supermarketach i zalewamy wrzątkiem. Jeśli ktoś jednak lubi kasze, na pewno będzie zadowolony.

 Marrakesz. Stoiska gdzie można kupić sok. W szklanych szklankach.

Świeży sok z pomarańczy,

Na placu w Marrakeszu do kupienia za 4 MAD (kawa 15 MAD) – dlaczego tak tanio? Warto wiedzieć. Sok zawsze mieszany jest z wodą. Konia z rzędem temu kto wie, jaka woda została dolana do soku. Ponieważ spotkałam się ze skrajnymi oszustwami w celu zarobienia jak największej ilości pieniędzy przez tubylców, byłabym ogromnie zaskoczona, gdyby ktoś z nich mieszał sok z wodą mineralną.

 Uliczny fast food – zdjęcie z okna autobusu. Doskonale pokazuje i jakość życia i higienę. Kefta przyrządzana jest z tego właśnie mięsa. Widać nawet wiadro do płukania 🙂

Kefta

Czyli kanapka z mięsem, cebulą, jajkiem i przyprawami. Cena 20 – 40 MAD. Bardzo dobra. Proces produkcji jest wątpliwy. Nie wiadomo jakie mięso zostało zmielone dla turystów, oraz jakie ręce przygotowywały posiłek. W Kefcie najczęściej jest jajko na twardo. Starczy powiedzieć, że jajka na twardo gotowane są na misce/spodku metalowym, w bardzo niewielkiej ilości wody, na tym samym grillu na którym smaży się mięso mielone. Jajka nie są parzone, ręce po nałożeniu surowych jajek na miskę nie są myte (pamiętacie – nie ma mydła, tylko stojąca woda w wiadrze), dodam jeszcze, że te same ręce (nakładające mięso – bo żadnych sztućców tu nie ma), przyjmują również i wydają pieniądze.

Piekarnie i cukiernie:

Miejsca bardzo godne polecenia. W Maroku są pyszne wyroby cukiernicze, bardzo dużo z nich bazuje na miodzie. Szczególnie polecam np. croissant z kremem cytrynowym, koszt ok 5 MAD. Rewelacyjne na śniadanie. Nie podejrzałam procesu produkcji.

 Agadir. Wyjątkowo pyszny placek marokański z kurczakiem curry i miodem. Polecam! Dostępny był tylko w jednej, marokańskiej restauracji. Cena za posiłek wyjątkowo wysoka 100 MAD

W mieście (każdym)

Znaleźć można jedzenie w bardzo dobrych cenach, wymaga to jednak odrobiny wysiłku. Zestaw: shoarama z frytkami (polski kebab) znajdziemy za 20MAD, Hamburger z colą 30 – 40 MAD, kefta i zupa z soczewicy 30 MAD. Jeśli jednak pójdziecie do restauracji dla turystów na głównym pasażu, za obiad zapłacicie 80 – 150MAD.

 Agadir. Plaża. Nad oceanem.

2. Realia marokańskie:

Dużo z tego co przeżyjecie zależy od tego, jaki rodzaj podróżowania wybierzecie. Jeśli jesteście turystami, którzy zatrzymają się w jednym hotelu i samodzielnie wybiorą się na suk, natomiast jedzenie i wycieczki zakupicie na miejscu, w hotelu, jest to dla was bardzo bezpieczne rozwiązanie. Zapłacicie za to podwójnie, lub potrójnie, ale dostaniecie w zamian bezpieczeństwo, wszystko podane i gotowe, oraz generalnie święty spokój. Patrząc na marokańskie ceny, warto, jeśli chcecie odpocząć.
Jeśli jest w was jednak niespokojny duch, lubicie przygody i przełamywanie schematów, możecie, połowę taniej zorganizować sobie tutaj życie samodzielnie. Nie obędzie się bez przygód, nie ważne jak mądrzy i przebiegli chcecie być, pamiętajcie, że tubylcy i tak zrobią was w konia. Mimo to, jednak nawet samotna kobieta może tutaj, w taki własnie sposób przeżyć, podróżować i czuć się niezależna. Oczywiście ostracyzm społeczny będzie wielki. Biorąc jednak pod uwagę, że to bardzo nowoczesny kraj, przyznać trzeba, że mieszkańcy zmuszają się, aby i to zaakceptować. Czego się nie robi dla pieniędzy..

 Agadir. Street art.

Podróżowanie pomiędzy miastami.

Samodzielne podróżowanie środkami transportu  publicznego w Maroku jest możliwe i niezbyt drogie. Wszystko zależy jednak od tego jak bardzo Marokańczycy was naciągną. W Marrakeszu blisko mediny, przy bramie Bab Dukalal znajduje się dworzec autobusowy. Jeżdżą stąd autobusy we wszystkich kierunkach Maroka. Nie ma żadnego problemu z tym, aby wyruszyć w podróż. Godziny odjazdu autobusu warto sprawdzić dzień wcześniej. Na autobus dobrze jest stawić się 45 – 30 min wcześniej, bo przed samym odjazdem może już nie być miejsc w pojeździe (wszystko zależy od godziny. Rano Marokańczycy lubią się wyspać, a nie podróżować). Przy wejściu na dworzec spotkacie naganiaczy, którzy powiedzą wam wszystko, byle tylko sprzedać bilet. Ja na przykład usłyszałam, że kolejnego dnia będzie święto, muszę kupić bilet z wyprzedzeniem, ponieważ jutro kasy będą zamknięte. Oczywiście dałam się naciągnąć. Wobec powyższego bilet do Agadiru kupiłam za 150MAD zamiast 100 MAD. I tak zdaje się miałam sporo szczęścia, że był ważny (zaakceptowany przez panów z biura przewozowego). Drugiego dnia został on w biurze przewozowym (oczywiście otwartym) przepisany na aktualny blankiet (okazało się, że wypisany był na nieaktualnym – ale ponieważ wszystko było po arabsku..). Dodatkowo musiałam zapałacić 10 MAD za umieszczenie mojego plecaka w luku bagażowym. Podróż do Agadiru trwa ok 4h autostradą. Jeśli traficie na dobrą linię, która jedzie bezpośrednio.

Agadir. Street art.

Co się stało w drodze powrotnej – historia o tym jak to bywa w Afryce.

Bardzo już mądra (nie dam się naciągnąć!) sprawdziłam na dworcu w Agadirze godziny odjazdów autobusów i ceny biletów z Agadiru do Marrakeszu, z wyprzedzeniem. Wiedziałam, że jadąc rano zapłacę 100 MAD a po południu 80 MAD. Na dworzec do autobusu o 6.00 rano wzięłam taksówkę z hotelu, której kierowca naciągnął mnie na 50MAD, zamiast 10 MAD, ale machnęłam ręką. Naganiacza przy dworcu poinformowałam, że mam zamiar kupić bilet dopiero w okienku. Ten zaś powiedział, że autobus odjeżdża już (byłam 30 min wcześniej). Byłam zaskoczona, ale ponieważ do Marrakeszu jeździ wiele linii, a ja nie sprawdziłam wszystkich, zadowolona że dojadę wcześniej, wsiadłam do autobusu. Zapłaciłam tyle ile powinnam i nikt nie kazał mi dopłacać za bagaż. Dostałam bilet. Myślałam, że złapałam pana boga za nogi! Ale pamiętajcie, jak się nie odwrócicie Arab zawsze będzie z tyłu i zrobi was w konia..

Co tym razem?

W środku trasy autobus zatrzymał się w bardzo małej miejscowości. Pan autobusowy obudził mnie z drzemki i kazał mi i jeszcze trzem innym osobom wysiadać, bo dalej do Marrakeszu pojedziemy… taksówką. Zdębiałam. Rozpoczęliśmy dyskusję w tłumie przekrzykujących się taksówkarzy stojących przy autobusie. Dowiedziałam się, że autobus do Marrakeszu nie jedzie, skręca teraz w całkiem innym kierunku.
I tak, wsiadając do autobusu na stacji autobusowej, kupując bilet legalnie, posiadając dowód przejazdu, wsadzona zostałam do pojazdu, który wcale do tego miasta nie jechał. Dodatkowo autobusowy nie mówił ni w ząb po angielsku (rozmowa była zatem trudna). Po krótkiej scysji na migi, dałam się przekonać. Nie miałam wyjścia. Dałam się zaprowadzić z innymi podróżującymi do Marrakeszu do siedmioosobowej taksówki, usadzona na miejscu w bagażniku i poinformowana że tak dowiozą mnie do miasta. Taksówkarz nie ruszył do czasu aż wszystkie miejsca zostały zapełnione, pobierając od dosiadających się 30 MAD za kurs do Marrakeszu, co dało mi pewne rozeznanie w obowiązujących kursach.
Wszyscy pasażerowie (ludność lokalna) jadący autobusem razem ze mną do Marrakeszu zostali podobnie oszukani odnośnie kursu. Dawali temu wyraz głośno i długo. Taksówkarz wydawał się nieco speszony tą sytuacją. Do Marrakeszu wedle mojej oceny było 50 – 70 km. Jechaliśmy godzinę. Za kurs kierowca zarobił ok 160 MAD. Nie wziął od nas ani grosza, kurs za naszą czwórkę opłacił pan autobusowy, wręczając taksówkarzowi 100 MAD. Ludzie w taksówce smarkali i kaszleli bez zasłaniania ust. Wysadzeni zostaliśmy na dworu autobusowym w Marrakeszu.

Legzira. Plaża.

Zakup wycieczek, wynajem samochodów, czy podobnych usług.

Generalnie w Maroku nie funkcjonuje coś takiego jak paragony. Spotkałam je tylko raz w cukierni. Zdarza się, że wypisywane są pokwitowana, czy to na autobusy, czy to na inne usługi. Te świstki często jednak nie zawierają nazwy firmy, telefonu kontaktowego, nazwiska sprzedającego, lub w całości napisane są po arabsku (stąd zupełnie nie wiadomo co nam pokwitowano). Większość transakcji odbywa się “na gębę” i jest płatna z góry. Ponieważ mimo wcześniejszych planów wynajmu samochodu, nie mogłam tego zrobić (o ironio zapomniałam zabrać ze sobą prawo jazdy), musiałam skorzystać z usług transportwo – wycieczkowych oferowanych przez “biura” (faceta na krześle na ulicy ze stojakiem ze zdjęciami).

Historia zakupionej wycieczki

Interes nie jest wcale taki zły (koszt wycieczki to 350 MAD z jedzeniem, cena wywoławcza samochodu za dzień 400 MAD, oczywiście do negocjacji, ale trzeba do tego dodać jeszcze benzynę). W moim biurze otrzymałam potwierdzenie (jak się później w hotelu okazało, bez danych teleeadresowych, czego nie zauważyłam wcześniej) i wpłaciłam jedynie zaliczkę, ponieważ resztę otrzymać miał kierowca w dniu odjazdu. Dowiedziałam się również, że samochód na 7 osób będzie miał komplet pasażerów, co mnie ucieszyło, w nadziei na spotkanie ludzi mówiących w innym niż arabski języku. Jakież było moje zaskoczenie gdy spóźniony o godzinę samochód przyjechał po mnie do hotelu i tu okazało się, że pozostałymi turystami są: para Arabów mieszkająca na stałe we Francji (pochodzą zza Marakeszu), Algierczyk i Marokanka ze swoim mężem z Arabii Saudyjskiej. Z całej tej barwnej ekipy tylko kierowca mówił po angielsku. Ponoć to standard w tej firmie. Nie zostawił mnie samej w podróży, wszystko mi opowiadał i tłumaczył. Dodać muszę, że cena tego całodniowego wypadu na południe Agadiru wynosiła tyle, ile noc w hotelu. Ponieważ miałam okazję porównać cennik wycieczek jaki otrzymali pozostali arabscy podróżni, wiem, że zapłaciłam tylko 50 MAD więcej. Uczciwie mnie naciągnęli :)

I <3 Maroko!

O tym jak ostatni raz zrobili mnie w konia.

Na lotnisko w Marrakeszu w dzień powrotu chciałam udać się autobusem i już więcej nie dać się nikomu naciągnąć. Niestety mój lot wymagał obecności o 6.00 rano na lotnisku, tymczasem pierwszy autobus odjeżdżał o 6.30. Musiałam zatem kolejny raz skorzystać z taksówki. Dzień wcześniej poszłam więc na plac obok dworca, gdzie stoi dużo taksówek i rozpoczęłam negocjacje cenowe. Zaczęliśmy od 150 MAD (co i tak bardzo mnie zadowoliło, ponieważ z uwagi na godzinę i wcześniejsze doświadczenia zakładałam, że rozmowy zaczną się od 200 MAD). Mimo krzyków rozpaczy że trzeba wstać tak wcześnie (kurs umawiałam na 5.00 z obawy, przed różnymi niepowodzeniami) i że tak wcześnie 150 MAD jest właściwą ceną, nie schodziłam poniżej 100 MAD.

Muszę wam powiedzieć, że część taksówkarzy zrezygnowała.

Pozostał jeden, stary Arab z rozpadającym się mercedesem beczką, który zgodził się na tą cenę, ale kazał mi obiecać, że na pewno będę, bo on specjalnie dla mnie tak rano wstaje i bardzo nie chce tego robić na darmo. Obiecałam. Zastanawiałam się czy on będzie. Ale jak przypuszczałam, dla pieniędzy.. Parę godzin później spotkałam człowieka oferującego mi przejazd na lotnisko w cenie 50 MAD, czyli takiej, jaka powinna ona być. Pomyślałam o moim starym dziadku, jego starym samochodzie, o tym że nie mam jak odwołać tego kursu i w odruchu dobrego serca i poczucia przyzwoitości pozostałam przy moim podwójnie przepłaconym kursie. Rano zgodnie z umową udałam się na plac przy pałacu El Bacha szukając mojego dziadka. Było kilka taksówek, które zapraszały mnie do środka, ja jednak szukałam mojej umówionej. Nie było jej. Pewien młodzieniec, nie mówiący ni w ząb po angielsku uparcie za mną chodził i zapraszał do taksówki, bez względu na moje zbywanie. W końcu wyjął telefon, wybrał numer i zadzwonił do Raszida czy Mohameda, z którym byłam umówiona, aby ten przez telefon zaspanym głosem poinformował mnie, że wszystko gra, to jest jego kumpel i z nim mam jechać.. I tak po raz kolejny zrobiona zostałam w konia. Miłego lotu!

ulicami Marakeszu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *